Jak nauczyłem się marzyć?
Pamiętam ten dzień jak dziś, była późna jesień. Za oknami widać było
zżółknięte liście pokryte delikatnym szronem. Wpadłem do domu jak bu-
rza i oświadczyłem swej rodzinie, jakie mam plany na przyszłość. Co usłyszałem
w rewanżu? "Myśl realnie, Łukaszu, zejdź na ziemię. Zobacz, jak
my żyjemy, zobacz, jak mają inni dookoła - i jakoś nie narzekają na swoje
życie". Moją pierwszą reakcją był szok - udałem, że tego nie słyszę.
Około trzydziestu minut później spotkałem się z dwójką przyjaciół, którzy
byli mi naprawdę bliscy. Moje zdziwienie było podwójne, bo znowu
usłyszałem tę samą litanię. Po tygodniu otrząsania się z tego steku bzdur
na temat moich możliwości zdecydowałem, że mimo wszystko wyjeżdżam,
nadszedł czas na samodzielne życie. Gdzieś wewnętrznie czułem
ból i bardzo silny brak akceptacji moich marzeń. Miałem za złe bliskim,
że nie pochwalali moich planów, a przecież nie były one szczególnie
wygórowane. Ja po prostu chciałem rozpocząć życie na własny rachunek.
Po roku od tego wydarzenia zrozumiałem coś bardzo ważnego. Ponownie
spotkałem się z tymi, których kocham, i zadałem sobie trud odkrycia,
czego dokonali przez ostatni rok. Poza nowymi kredytami - nic nie uległo
zmianie. Wtedy to olśniło mnie: "Nie uwierzy we mnie ten, kto sam nie
wierzy w siebie". Nie mam prawa wymagać tego, że najbliżsi będą
głaskać mnie po główce i życzyć mi szczęścia. Po prostu nie mogę
oczekiwać wiary od kogoś, kto sam w siebie nie wierzy. Z chwilą, gdy to
sobie uświadomiłem, cały żal, jaki miałem w sercu, spłynął ze mnie
niczym strumień wody. Tego dnia poprzysiągłem sobie, że z każdym
dniem będę koncentrował się na obrazie mojego życia coraz mocniej i
dążył do jego urzeczywistnienia.
Każdego ranka otwierałem oczy, wstawałem i odsłaniałem rolety w oknie.
Wtedy to zaczynała dziać się dziwna magia.
Patrzyłem przez okno na świat i widziałem, jaki jest piękny. Te cudowne
drzewa i ci uśmiechnięci ludzie, którzy idą do swojej pracy, wierząc
w siebie.
Świat, w którym żyję, widziałem jako ten, który jest pełen szczęścia i miłości.
W tych wyobrażeniach ludzie byli dla siebie bardzo uprzejmi.
Nieważne było to, że w telewizji bębnili o kolejnej aferze w polityce.
Ja przecież widziałem mój cudowny świat, boskie eldorado, które nasycało
moje oczy swą doskonałością. To był rytuał, który początkowo celebrowałem
raz dziennie, potem w każdej wolnej chwili. Z najmniejszymi detalami
wyobrażałem sobie w czasie teraźniejszym, jak wygląda moje fantastyczne
życie - do momentu, gdy obudziłem się i nie musiałem już
brnąć w marzenia, bo one stały się rzeczywistością. Zanim to nastąpiło,
potrzebowałem wielu ćwiczeń. Dlaczego? Bo samo wyobrażenie bez wiary
jest tyle warte, ile papierek bez cukierka.
Czym jest wiara? Żaden filozof czy naukowiec nie potrafi Ci odpowiedzieć
na to pytanie jednoznacznie. Nie ma regułki, która by definiowała wiarę.
Jedyne, co możesz poznać, to różne definicje różnych ludzi. Każdy z nich
ma swoją odpowiedź na to, czym jest dla niego wiara.
Ja też ją mam i wynika ona z mojego doświadczenia. Dla mnie wiara,
a raczej stan wewnętrznej wiary w cokolwiek, jest namacalnym dowodem
na to, że Bóg istnieje. Dzieje się tak, ponieważ cały ruch na naszej
planecie jest spowodowany wiarą.
To, że miliony ludzi codziennie rano wyruszają o własnych siłach do pracy,
jest dowodem na to, że kiedyś uwierzyli w to, że mogą chodzić. To,
że medycyna rozwija się każdego dnia, jest dowodem wizji i wiary ludzi,
którzy zajmują się jej rozwojem. To, że Edison zbudował pierwszy świecący
układ elektryczny na świecie, zwany żarówką, jest dowodem wiary.
To, że kładziesz się spokojnie spać, jest kolejnym dowodem wiary w to,
że wstaniesz. To, że nie tylko wiesz, ale też czujesz, że istnieje ktoś
bardziej inteligentny od nas, ktoś, kto czuwa nad nami i pilnuje całego
tego ziemskiego chaosu, jest dowodem wiary w istnienie Szefa.
Jak więc widzisz, wiara jest wszędzie i wypełnia całkowicie nasze życie.
Nawet ci, którzy mówią, że Szefa nie ma, mówią tak, bo w to wierzą.
Dochodzimy więc do jakże logicznego wniosku, że każdy z nas w coś wierzy.
Dzieje się tak, ponieważ wiara daje nam poczucie bezpieczeństwa. Potrzebujemy
jej do życia jak wody. Dzięki niej nabieramy siły i chęci do
działania. Gdy jest głęboka, odczuwamy sens naszego życia.
Często jest naszym wyobrażeniem rzeczywistości, a nie jej prawdziwym
obrazem. Dowód tego znalazłeś na początku tego rozdziału, gdy mówiłem
o pięknym świecie, podczas gdy towarzyszy mu także brutalność. Jak
więc widzisz, wiara jest naszym wyobrażeniem dotyczącym tego, co jest
prawdziwe, a co nie. Co jest dla nas możliwe, a co leży poza naszym
zasięgiem.
Jeśli ktokolwiek stwierdza, że nie da rady czegoś zrobić, używa wiary jako
broni przeciw sobie, narzucając sobie złudne ograniczenie. Wtedy to
mamy do czynienia z przekonaniem, a nie wiarą. Dzieje się tak, ponieważ
wiara nie ma granic. Jest jak wiatr, którego nie widzimy, ale go czujemy.
Możemy pozwolić mu, by nas zdmuchnął do tyłu, a gdy zechcemy ustawić
się inaczej, popchnie nas do przodu.
Wiara jest wszystkim i niczym. Jest w każdym z nas i wypełnia każdy
atom naszego życia.
Obecna na każdym kroku, czeka na Twój ruch, czeka na Twoją decyzję,
bo jest plastyczna. Jest jak wewnętrzna siła, która działa zgodnie z tym,
co postanowisz. Warto więc jej właściwie używać.
Zanim jednak dojdziemy do tego, jak uwierzyć w siebie, zacznijmy od
fundamentów.
Przez całe swoje dzieciństwo błądziłem, odbijając się od ścian życia
i szukając czegoś, co mogę mocno uchwycić i w końcu uwierzyć w siebie.
Okazało się, że wiara w siebie jest jedną z najprostszych i najbardziej
doskonałych umiejętności, jakie posiada człowiek.
Dlaczego więc tak wielu ludzi pozwala sobie na to, by nie wierzyć w siebie?
I tutaj tkwi zagadka, której zrozumienie jest kluczem do bram wiary
dla każdego człowieka. Rozwiążmy więc ją wspólnie.



